Niech Paryż gnije! Recenzja filmu Kochankowie na moście

Share

Większość osób zapytanych o filmy Leosa Caraxa, jeśli w ogóle odpowie,  przytoczy „Holy motors”. Rzadko wspomną się o jego dziełach z początku kariery. Leos Carax zaczął w wieku 22 lat filmem „Boy meets girl”, w którym wyraźnie widać wpływy Nowej Fali. W „Złej krwi” z 1986 roku podarował światu Denisa Lavant’a biegającego jak opętany do piosenki „Modern Love”.  Filmem „Kochankowie na moście” z 1991 roku tylko potwierdził swój niebywały talent i wrażliwość artystyczną.

Film to pełna przepychu, magiczna opowieść o… bezdomnych. Właśnie zestawienie biedy i bogactwa sprawia, że film jest taki niesamowity. W latach dziewięćdziesiątych był to najdroższy francuski film, którego budżet nie zwrócił się nawet w połowie. „Kochankowie na moście” mają wszystkie cechy dzieł kultowych: pamiętne kreacje aktorskie (absolutnie wybitna Juliette Binoche), dialogi nadające się do cytowania oraz własny, niepowtarzalny styl.

Głównego bohatera gra Denis Lavant. Pod wpływem używek snuje się po skąpanych w świetle latarni i neonów, nocnych ulicach Paryża. Trafia do izby wytrzeźwień.  Pierwszą sekwencję filmu charakteryzuje skrajny naturalizm i brutalny realizm w pokazywaniu noclegowni dla bezdomnych. Oglądając te dokumentalne ujęcia nie spodziewamy się,że za chwilę wszystko przerodzi się w bajkowy spektakl pełen kolorów, szalonych dźwięków i rwanego tempa. Drugą bohaterką filmu jest tracąca wzrok młoda kobieta, która od niedawna żyje na ulicy. Jedyne co posiada to teczka z własnymi rysunkami, pistolet oraz kota. Losy Michele i Alexa splatają się, gdy okazuje się, że oboje mieszkają na moście Pont-Neuf. Alex postanawia zaopiekować się dziewczyną, której choroba postępuje w przerażająco szybkim tempie.

Chociaż Carax opowiada historię miłosną, w filmie padają słowa, że bezdomni nie zasługują na miłość, takie uczucia nie są dla nich. Podczas seansu odnosi się jednak wrażenie, że jest to jedyne czego potrzebują. Zakochani bezdomni są pozbawieni jakichkolwiek trosk, wolni od zasad i konwenansów. Najdroższy w historii film o bezdomnych jest bardzo nieprzewidywalny. Kochankowie ciągle zmieniają swoje emocje, nigdy nie wiemy  jak się zachowają. Są autentyczni i ekscentryczni. Rytm filmu idealnie oddaje szaleństwo swoich bohaterów. Najpiękniejsze są sceny, które dzieją się 4 lipca. Po ich obejrzeniu jedyne czego pragnę, to przejażdżki na nartach wodnych po Sekwanie, w której odbijają się światła fajerwerków. O tym, że Leos Carax jest mistrzem inscenizowania zachwycająco plastycznych kadrów było wiadomo od czasów „Złej krwi”. W „Kochankach na moście” wznosi się jednak na wyżyny swojego talentu. Film Caraxa łączy w sobie Nową Falę, postmodernizm, bajkę dla dorosłych i humor.

Jednym z uroków tego filmu jest fakt, że pomimo tylu zalet wciąż pozostaje nieodkryty i niewystarczająco doceniony. Sprawia to, że cała historia jest bardziej intymna i każdy odbiera ją przez pryzmat własnych doświadczeń. Nie działa na nas opinia większości, ponieważ mało kto widział to arcydzieło.

Maja Górczak

reklama-zak

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *