Love, Rosie – recenzja książki

Share

„ Droga Alice,

Przykro mi z powodu zachowania Alexa w zeszłym tygodniu. Wiem, że Rosie jest bardzo zdenerwowana i nie rozumie, dlaczego nie została zaproszona na przyjęcie. Szczerze mówiąc, ja też  nie potrafię odgadnąć motywów Alexa. Próbowałam rozmawiać z nim na ten temat, ale obawiam się, że nie umiem przeniknąć umysłu dziesięciolatka! ,,

„ Moja najdroższa Rosie,

[…] Zawsze Cię kochałem, nawet […} kiedy jako dziesięciolatek nie zaprosiłem Cię na moje urodziny, kiedy w wieku osiemnastu lat musiałem przeprowadzić się do Ameryki, w dniu naszych ślubów, chrztów, urodzin[…]. Kochałem Cię przez wszystkie te lata. […]

Alex”

Wydawać by się mogło, że Love, Rosie będzie konwencjonalną, romansową powieścią z happy endem, którą przeczytamy i zapomnimy zaraz po odłożeniu na półkę.

W pewnym sensie taką właśnie jest, jednak zapomnieć o sobie na pewno nie da. Pierwszym, co przekonuje do sięgnięcia po tę właśnie książkę Cecylii Ahern jest interesująca, osobista forma, w jakiej zawarta została cała fabuła. Podzielona na pięść części, ponad pięciuset stronicowa powieść w całości składa się bowiem z listów, e-maili, zaproszeń, zawiadomień i innych tekstów, jakie wysyłali do siebie bohaterowie. Cała akcja zaczyna się, kiedy główne postaci – Rosie i Alex – wokół których życia kręci się ta cała historia, mają po siedem lat, rozwiązuje się natomiast, kiedy oboje dobiegają pięćdziesiątki. Przekorny los rozrzuca tych dwoje po świecie, na przemian oddala ich od siebie i zbliża, stawia na ich drodze coraz to nowe postaci i trudne sytuacje, z którymi radzą sobie z pomocą wiernych przyjaciół. To nie tylko opowieść o wielkiej sile miłości, zdolnej przetrwać lata rozłąk, kłótni i niezdecydowania, ale też zabawny, pozytywny i pełen zrozumienia przekrój różnych etapów w życiu każdego z nas, od czasów dzieciństwa, przez burzliwy okres dojrzewania, wczesną dorosłość, moment gdy sami stajemy się rodzicami i kiedy widzimy jak przez to samo zaczynają przechodzić nasze własne dzieci. Mimo różnej specyfiki tych momentów, autorka do każdego z nich wykazała obiektywne, pełne empatii i humoru podejście, dzięki czemu nie tylko nastolatek, ale i dorosły jest w stanie znaleźć tu  coś dla siebie.  Często potoczny, żartobliwy język, ironiczne, szczere komentarze oraz ludzkość każdej wypowiedzi sprawiają, iż wydaje się, że znaleźliśmy cudzą korespondencję z całego życia, pełną obaw, zmartwień, radości, wspomnień, szczerych wyznań i drobnych kłamstw.

Główny wątek miłosny realizuje się dość konwencjonalnie, ponieważ od pierwszej strony wiadomo, że Rosie i Alex są sobie pisani. Nietypowym jest to, że odnajdują siebie tak późno, mimo, że towarzyszą sobie od wczesnego dzieciństwa. Przewidywalność wydarzeń nie jest tu jednak bynajmniej  wadą. Przesiąknięta optymizmem, uspokajająca i bawiąca historia doskonale realizuje się jako odrywająca od zmartwień, pogodna, a przy tym bardzo realistyczna odskocznia, której warto poświęcić czas. Idealna na jesienną chandrę, przekonująca o tym, że wszystko będzie dobrze, że nasze losy, tak jak losy bohaterów, dążą do wyczekiwanego, szczęśliwego zakończenia, wyczuwalnego od pierwszego zdania, nawet podczas najgorszych wydarzeń, jakich postaci muszą doświadczyć. Bezpretensjonalna pogoda ducha i prostota wywołują u czytelnika uśmiech na twarzy i pozwalają po raz wtóry, z niekłamaną radością powrócić nawet do znanej już sobie Love, Rosie, czy to z powodu zastrzyku pozytywnej energii, sympatii dla bohaterów, lub poszukiwania cząstki samego siebie w lekturze. Tym, co w tak dużej mierze pozwala na spojrzenie na problemy ukazanych postaci  ( które im w danej chwili wydają się nierozwiązywalne) z przymrużeniem oka i zdystansowanie się, jest rozgrywanie się wydarzeń na przestrzeni lat. Dziewięcioletniej Rosie wydaje się, że brak zaproszenia na dziesiąte urodziny Alexa jest dramatem, w wieku osiemnastu lat rezygnacja z collage’u na rzecz urodzenia córki zdaje się być końcem marzeń, podczas gdy jako trzydziestolatka uznaje, że żaden z tych problemów nie był niczym tak złym, jak na początku jej się wydawało. Nad każdym trudem mozolnie przechodzi dalej, poszukując szczęścia, samorealizacji, stabilizacji i wartości. Nawet jeśli targają nią silne emocje, załamuje się lub płacze, odzyskuje siłę by radzić sobie z życiem codziennym, nieróżniącym się niczym od życia odbiorców książki. Nie jest superbohaterką, naznaczoną niezwykłym darem myślicielką ani nie piastuje żadnego odpowiedzialnego urzędu. Szarą rzeczywistość ubarwiają jej często zawikłane relacje z innymi, oraz kręte ścieżki prowadzące ku szczęściu. Jest więc do nas tak bardzo podobna, że nie sposób nie zaangażować się w jej historię

Nawet jeśli z początku Love, Rosie zdaje się odstraszać odrobinę sentymentalnym tytułem, lub schematycznością wyczuwalną w opisie książki, zachęcam, by sięgnąć po nią i tak, ponieważ niesie ze sobą rzadkie w tych czasach, bardzo pozytywne przesłanie, z pozoru banalne, a mimo to tak ważne i doskonale przedstawione. W mojej opinii, adaptacja filmowa była znacznie słabsza, ponieważ zatraciła ten wyjątkowy charakter, dlatego nim obejrzycie film, radzę zapoznać się z pierwowzorem.

Życzę przyjemnej lektury,
Aniela Sobuś

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *