W gruncie rzeczy… to urwał nać na jasnym gwincie

Share

Dobrze, jeszcze tylko minuta i wstanę… Chyba po wsze czasy niewyjaśnioną zagadką całego wszechświata będzie fenomen tej zasady „jeszcze tylko minuta”. Bowiem długość tej minuty zależy od miejsca w którym się znajduję.

Dlaczego gdy w szkole zamykam oczy na ową minutę mija kilka raptem sekund, a gdy to samo robię rano leżąc w łóżku, mija pół godziny?! ‘Grrrr’ oraz ‘wrrr’ (daję upust mojej irytacji) i wstaję ostatecznie metodą przetoczenia, co prawda ląduję z łoskotem na podłodze, ale kto by się przejmował… Już próbuję znaleźć sobie wymówkę, by jednak dać sobie ową „jeszcze minutę”, ale… Zegar, który dumnie ścianę zdobi w cichości oświadcza, że za kwadrans nadejdzie godzina WNZBPP (Wyjścia Natychmiastowego z Biegiem Prędkim Połączonego). Czas, start! Jak najszybciej się da,  rozpoczynam poranny trójkąt. Przystanek pierwszy – kawa czarna, co duszy dotyka i duszę zbawia (balansuję na granicy poprawności religijnej, toteż najprościej – kawa jest dobra).  Przystanek drugi – prysznic w tempie zawrotnym. Woda jest zimna. Nie ma czasu na ciepłą. Znowu zaspałam – powinnam zatem pocierpieć. Szybki remont twarzy, dziś bez rusztowania i pracy na wysokościach (czyt. makijaż typu „szału nie ma, ale stabilnie”) i prawie gotowe – przystanek trzeci – szafa.

Godzina WNZBPP za minuty dwie, wskakuję w buty i wybiegam. Dlaboga, skarpetki jeszcze! Trudno, znowu ubiorę w autobusie – stali bywalcy już pewnie przyzwyczajeni. I nareszcie! Łut szczęścia! Autobus się spóźnia (on jeden mnie rozumie), a dzięki temu ja na niego zdążam i mogę podążać po wiedzę. Przywdziewam skarpetki – już nikogo to nie dziwi, a tu nagle „łup” i moja twarz niezwykle dotkliwie muska żółty kasownik. A potem niby topantarehi, a tutaj wszystko stoi – łącznie z autobusem, który potrącił sarnę. „Ulica zastygła we dnie. Prezydent mówi – i blednie, Marszałek mówi – i blednie. (…)” – cholerka, to nie ta bajka. Minuty mijają, a przecież trzeba jeszcze zrobić sobie selfiacza z tym biednym zwierzęciem. Cóż, takie czasy?  Selfiacz selfiaczem, ale ja wiedzy głodna jestem! A te nieubłagane minuty mijają – jak na złość – jeszcze szybciej. Jasny gwint –  no spóźnię się! Autobus rusza, to chyba dzięki litanii wulgaryzmów, którą wyśpiewałam (spokojnie, w głowie tylko – tam można).

Mam jeszcze minutę (to ten rodzaj najkrótszej minuty na świecie) do literalnego spóźnienia – do szatni, marsz (czyt. galop). I już JĄ widzę, do sali pędzi moja Alfa i Omega – zamyka wrota, a ja wkładam drzwi między palce – nie poddałam się! I stoję przed widownią z NIĄ na czele. W głowie mojej brzmią słowa, które do NIEJ kieruję – Ból złóż do bólu i biedę do biedy. Gnęb mnie, gdy razem gnębi los plugawy. Zaklinam, miej litość i nie pytaj o powód tego, że stoję tu tak późno.

„A czemu to panna spóźniona?” Urwał nać – zapytała jednak. Zaprawdę prawdę mówię, ale nie wierzy. Z głębi zszarganej porankiem duszy przepraszam za tę hańbę, którą się okryłam poprzez spóźnienie. No i nakazuje mi „paczeć”, to „paczę” – znaczy staram się, bo mój pęcherz z niezmierną wręcz subtelnością (to ironia oczywiście) przypomina mi o tych dwóch, stosunkowo dużych kubkach kawy, które wlałam w siebie kolejno: w domu i w tym przeklętym autobusie! „Panna to dzisiaj chyba nie w formie.” Tak trochę – po przespanych trzech godzinach, potrąconej sarnie i z pełnym pęcherzem  – mogę być nieco nieskupiona. Ale cóż to znaczy w obliczu wieczności… „Od tego była przerwa!” Siedzę więc wytrwale, ale wyrwał się malutki, cichutki ziew – „ Moja panno, w nocy się śpi, poza tym trzeba było do szkoły się nie spóźniać, może należy usiąść prosto i wstawać wcześniej?”. W głowie znowu Litania do K., ale zdobywam się na uśmiech najszczerszy ze szczerych – OCZYWIŚCIE, PANI PROFESOR.

P. Czyżyk
I LO w Stargardzie

Przeczytaj także felieton Oddychanie i inne zjawiska pogodowe

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *