Opowiadanie Agaty Dzieleckiej: Kamienny anioł

Share

Agata Dzielecka, uczennica I LO w Stargardzie, jest autorką opowiadań oraz zdobywczynią drugiego miejsca w konkursie literackim „Kominkalia”. Jej opowiadanie, pt. „Kamienny anioł” to wzruszająca historia o niemożliwej miłości, czerpiąca wzorce z młodzieżowej fantastyki.

KAMIENNY ANIOŁ

Agata Dzielecka

Idzie. Idzie tutaj.

Nie poruszając się ani o centymetr obserwowałam jego szybki marsz. Robił duże kroki, prawie nie uginając przy tym kolan. Kątem oka zerknęłam na zegar na wieży kościelnej, znajdujący się ulicę dalej. Przez gałęzie drzew, na których brakowało już liści odczytałam, że jest pięć minut po ósmej. Spóźnił się do pracy, stąd wynika ten pośpiech. Szybko wróciłam wzrokiem w jego stronę, nie chciałam przegapić żadnego szczegółu. Od ponad dwudziestu lat przyglądam się mu. Obserwowałam jak z małego chłopca, przeradza się w zbuntowanego nastolatka, a później w odpowiedzialnego dorosłego. No, może nie tak do końca odpowiedzialnego. Był dwumetrowym człowiekiem z kręconymi, krótko obciętymi brązowymi włosami oraz z dużymi brązowymi oczami. Miał przepiękny uśmiech, zawsze wtedy uwydatniały się dołeczki na jego policzkach. Miał też cudowny głos, słyszałam go wiele razy i mogłabym słuchać go już zawsze. Dzisiaj ubrany był w granatową marynarkę, białą koszulkę z czarnymi napisami, których nie widziałam oraz beżowe spodnie. Nie mam pojęcia gdzie pracuje, ale patrząc na jego wygląd i zawsze pełną teczkę sądzę, że może być nauczycielem albo jakimś biznesmenem. Nagle przystanął, spojrzał w moją stronę, lekko pokiwał głową i poszedł dalej. To był jego zwyczaj, robił to odkąd… odkąd mnie tu przenieśli. Wcześniej może też to robił. Nie mam pojęcia.

Pamiętam, jak zobaczyłam go po raz pierwszy. To był mój pierwszy dzień w tym miejscu. Mały chłopiec z rozczochraną fryzurą i wielkim lizakiem w dłoni przyglądał mi się tymi dużymi, wtedy wydawały się jeszcze większe, oczami.

– Cześć. – Przywitał się i podszedł bliżej. Złapał moją zimną dłoń i uścisnął ją. Następnie przyjrzał się mojej twarzy z wielką uwagą. – Jesteś bardzo ładna, wiesz?

Chłopczyk usiadł przy moich nogach i oparł się o nie.

– Jeśli chcesz, to mogę przychodzić codziennie. To twój nowy dom, więc dobrze mieć przyjaciela, prawda? Wydajesz się samotna, jak ja, a ja obiecałem sobie, że zaprzyjaźnię się z kimś też samotnym. Myślisz, że mogę zostać twoim przyjacielem? Bardzo bym chciał. Chcesz lizaka? Nie? Trudno, twoja strata… Właśnie! Zapomniałem się przedstawić. Jestem Alan, a ty? Hm… mogę nazywać cię Nora? Zawsze chciałem poznać jakąś Norę, bo bardzo spodobało mi się znaczenie tego imienia. Jaśnieje na północy… – nagle jego jakże ciekawy wywód przerwała kobieta krzycząca jego imię. Chłopiec podniósł się i ruszył w jej stronę. Zatrzymał się jednak i odwrócił znów do mnie. – Przepraszam, muszę już iść, ale nie martw się, wrócę jutro. I pojutrze. I popojutrze. I każdego następnego dnia. – Kto by pomyślał, że dotrzyma obietnicy. Ale zrobił to. Nawet jeśli nie zawsze zwracał na mnie uwagę, widziałam go dzień w dzień aż po dzień dzisiejszy.

Kiedy wróciłam do teraźniejszości on właśnie skręcał za róg. Westchnęłam przeciągle. Teraz muszę czekać ponad osiem godzin na jego powrót. Oto moje życie. Oczekiwanie od jednego jego przejścia do drugiego. Od ponad dwudziestu lat widzę ciągle to samo. Stare drzewa stojące co dwa metry. Z tego co mówił Alan wynika, że są to dęby. Naprzeciwko mnie została umieszczona fontanna z kamiennymi rzeźbami kochanków. Została przywieziona z Włoch i stoi tu znacznie dłużej niż ja. Między nami przebiegała żwirowa ścieżka prowadząca od jednej ulicy do drugiej. To właśnie ją Alan przemierza codziennie. Nasz park nie jest zbyt duży, ale wystarczający aby odnaleźć odrobinę ciszy. Stało tu kilka starych, już rozwalających się ławek.

Mały gołąb usiadł na moim ramieniu. Jaka szkoda, że nie mogę go pogłaskać. Uwielbiam zwierzęta, pod warunkiem, że na mnie nie sikają. Zielonkawy mech powoli wspina się po moich stopach. Władze miasta niezbyt dbają o rzeźby, a tym właśnie jestem. Rzeźbą. Pomnikiem pamięci pięknej kochanki mojego twórcy. Przedstawiam młodą kobietę w pięknej sukni do ziemi, ramiona mam lekko rozłożone, jakbym zapraszała do podejścia, włosy związane w ciasny kok, jednak z pozostawionym wolno jednym kosmykiem. Za moim plecami rozpościerały się ogromne skrzydła, które mogłam zobaczyć kątem oka. Alan kiedyś przyniósł lustro, żebym mogła zobaczyć jak wyglądam. Miał rację, miałam naprawdę przepiękną twarz, wiecznie trwającą w lekkim, tajemniczym uśmiechu. Patrząc w lustro zobaczyłam pustkę dookoła. Wtedy pierwszy raz poczułam się samotna, zrozumiałam co Alan miał na myśli podczas naszego pierwszego spotkania. Zostałam uwięziona tutaj na zawsze, skazana na patrzenie na szczęśliwe pary z fontanny. Chłopiec jakby wyczuł mój smutek i przytulił się do mnie.

– Nie martw się. – Powiedział. – Ja mogę być z tobą na zawsze. Nikt ani nic nas nie rozdzieli. – Niesamowite, ile ten mały chłopczyk miał wiary.

Taki był w wieku 10-12 lat. Kiedy nieco podrósł przestał być tym samotnym chłopem, którego poznałam. Zmienił się, a mimo to nie zapomniał o mnie. Codziennie rano i po południu przechodził przez ten park do szkoły. Kiedy wracał siadał przy moich nogach i opowiadał o tym co go spotkało, co go trapi. Z każdym dniem poznawałam go coraz lepiej. Pewnego dnia, gdy miał siedemnaście lat, przyprowadził swoją dziewczynę. Powiem szczerze – była piękna. Usiedli na skraju fontanny i rozmawiali o wszystkim. Alan wyglądał na takiego szczęśliwego. Kiedy żegnali się dziewczyna pocałowała go w usta! Nie, nie byłam zazdrosna. Cieszyłam się z jego szczęścia, przecież i tak nie moglibyśmy być razem.

Nie zobaczyłam go kolejnego dnia. Ani następnego. Ani następnego. Zaczęłam się denerwować. Był środek tygodnia i powinien chodzić do szkoły, a wątpliwe jest żeby zmienił trasę. Na szczęście pojawił się po tych dniach niepewności. Było przed ósmą rano, szedł z zapakowanym plecakiem i zwieszoną głową. Przeszedł obok mnie nawet nie spojrzawszy w moją stronę. Coś musiało się stać – pomyślałam. Gdy już miał wyjść z parku, zawrócił i stanął przede mną. W końcu podniósł wzrok z ziemi i spojrzał prosto w moje kamienne oczy.

– Rzuciła mnie. – Szepnął, zrzucając plecak i podszedł bliżej. – Oszukała i wyśmiała. Myślałem… myślałem że to ta jedyna, że w końcu mam szansę na normalne życie, na znajomych… na miłość. Okazało się, że to był żart, zadanie do wykonania. Poderwać największego frajera w szkole. A ja głupi myślałem, że naprawdę mnie lubi. Wiesz co było najgorsze? To że rzuciła mnie przy wszystkich. Tak po prostu. Stanęła na środku korytarza i wykrzyczała to dodając kilka obelg. Nie chcę tam wracać. Naprawdę nie chcę… Tylko ty nigdy mnie nie zawiodłaś moja Noro. Moja jaśniejąca na północy. – Zaśmiał się cicho i usiadł na swoim ulubionym miejscu, oparty o moje nogi. – Nawet nie pamiętam skąd to wziąłem. Ale najwidoczniej musiało bardzo mi się podobać, skoro nazwałem tak moją najlepszą przyjaciółkę.

Poczułam coś mokrego na policzku. Czy ja płaczę? Przecież nie potrafię. Rzeźby nie płaczą. Co się dzieje? Spojrzałam w górę, ale nie zobaczyłam żadnych chmur. To nie był deszcz. To niemożliwe. Nie mogę płakać.

– Wiesz, kiedyś sprawdziłem i okazało się, że stoisz obrócona na północ. Zbieg okoliczności? Kto wie… – Alan ziewnął i przeciągnął się. – Nie spałem całą noc. Będzie ci przeszkadzało jeśli się zdrzemnę? Nie idę do szkoły, a do domu też nie mogę wrócić. To jedyne miejsce w którym czuję się bezpiecznie. Przepraszam, że nie przychodziłem przez trzy dni, ale wtedy myślałbym tylko o niej. W końcu ją tu przyprowadziłem, co było sporym błędem. Przepraszam… – Chłopak znów przeciągle ziewnął i już po chwili słyszałam jego równomierny oddech. Przez ten czas kiedy spał obok nas przeszło kilka osób, ale nikt nie zwrócił uwagi na śpiącego Alana.

Przejeżdżająca niedaleko karetka na sygnale wyciągnęła mnie z wspomnień. Spojrzałam na zegar. Było piętnaście po szesnastej. Niedługo Alan powinien wracać. Starczy wspominek na dziś. Obok mnie przeszła para zakochanych. Zatrzymali się przy fontannie, trzymając się za ręce. Dziewczyna trzymała coś w dłoni, zamknęła oczy i wrzuciła, jak się okazało, pieniążek do fontanny. Uśmiechnęła się i przytuliła do chłopaka. Przez chwilę stali objęci. Chłopak pocałował dziewczynę w czoło i ruszyli ramię w ramię dalej. To mi przypomniało pewną sytuację.

Alan miał wtedy jakieś dwadzieścia dwa lata. To były Walentynki. Gruba warstwa śniegu pokrywała wszystko w polu mojego widzenia. Wszystko tego dnia miało swoją parę. Nawet gil, który zawsze siedział samotnie na gałęzi znalazł panią gilową. Dzień był naprawdę mroźny, co wywnioskowałam z trzęsących się z zimna ludzi poubieranych w grube, puchowe kurtki. Około dwunastej pojawił się Alan w granatowej czapce z pomponem, zielonej kurtce i czarnych spodniach. W rękach trzymał pojedynczą, czerwoną różę bez kolców. W czasie jego wędrówki kilka płatków śniegu spadło na kwiat, błyskając się w przebijającym przez chmury słońcu.

– Cześć piękna. – Powiedział Alan podchodząc do mnie i uśmiechając się zalotnie. Gdybym potrafiła, na pewno bym zemdlała ze szczęścia. – Och, chyba nazbierałaś trochę śniegu, zaraz coś na to poradzę. – Odłożył różę i sięgnął po szczotkę leżącą za mną. Zaczął od głowy przez ramiona aż do stóp. Nie pominął ani jednego płatka śniegu. – No, teraz o wiele lepiej. Nie sądzisz? Ekhem… Noro, czy chciałabyś przyjąć ten kwiat w imię naszej dozgonnej przyjaźni? Mam nadzieję, że twoje milczenie mogę uznać za tak. – Położył różę u moich stóp, uśmiechnął się szeroko i odszedł…

Kolejna karetka przejechała obok mnie. Co się stało? Obok mnie szybkim krokiem przeszła starsza pani, mówiąc w kółko:

– Wypadek, wypadek, wypadek. Biedny chłopak. Był taki młody… Taki młody. Wypadek, wypadek, wypadek… – więcej nie usłyszałam, ponieważ zniknęła za rogiem. Czyżby ktoś zginął? Kiedy zjawi się Alan na pewno dowiem się więcej. Czekałam więc na niego.

Minutę.

Dwie.

Pięć.

Dziesięć.

Dwadzieścia.

Trzydzieści.

Godzinę.

Dwie.

Pięć.

Dziesięć.

Dwadzieścia.

Trzydzieści.

Zaczynałam odchodzić od zmysłów, gdy zobaczyłam matkę Alana ubraną w czarną sukienkę. Jej siwe już włosy były w nieładzie. Chodzące nieszczęście jednym słowem. Kobieta zatrzymała się przede mną. Przez kilka minut stała w milczeniu i gdy myślałam że ten stan się nie zmieni odezwała się.

– Głupio mi trochę mówić do ciebie… – zacisnęła wargi – ale skoro Alan robił to przez całe swoje życie, ja też mogę to robić. – Jej oczy zwilgotniały. – Alan… Mój Alan… Nasz Alanek… Nie żyje. Wczoraj gdy wracał z pracy miał wypadek. Lekarze robili co mogli, ale… – kobieta upadła na kolana niezdolna do dalszego mówienia. Zdębiałam. Ale… Jak to nie żyje? Był taki młody… To niemożliwe. To niemożliwe. To niemożliwe. To musi być jakaś pomyłka. To na pewno nie był on. To nie był on. Nie on…

– Jutro jest pogrzeb, sądzę że powinnaś o tym wiedzieć… Doro.

– Noro. – Poprawiłam ją w myślach. Alan nazwał mnie Norą. Jaśniejącą na północy…

Kobieta podniosła się i powolnym krokiem wróciła do domu. Powoli ściemniało się, a ja cierpiałam wewnątrz mojej kamiennej formy. Tej nocy nie było widać gwiazd. Ciemna warstwa chmur zasłoniła całe niebo. Około pierwszej w nocy lunął deszcz. Cały świat płakał za mnie.

Słońce wstało wśród ciemnych chmur. Ostatni liść odczepił się od swojego drzewa i plasnął mi w twarz. Zasłonił mi cały świat. Lekko potrząsnęłam głową zrzucając go. Znów widziałam ten ponury świat. Chwila… Czy ja właśnie poruszyłam głową?! Spróbowałam jeszcze raz. Tak! Udało mi się poruszyć głową! Teraz dłonie. Delikatnie zaciskałam i otwierałam palce. Złożyłam i rozłożyłam skrzydła. Okej, nie mam pojęcia jak to jest możliwe, ale nawet mi się to podoba. Spojrzałam w dół i podniosłam suknię. Widzę swoje stopy! Okręciłam się pierwszy raz mogąc zobaczyć co jest za mną. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak to co miałam przed sobą przez te wszystkie lata, nie licząc fontanny. Zawiodłam się lekko, ale nie to jest teraz najważniejsze. Pogrzeb. Muszę się tam dostać.

Wtedy usłyszałam dzwony kościelne. Bingo – pomyślałam. Wzięłam głęboki wdech i zrobiłam pierwszy krok. Zakołysałam się, ale utrzymałam się na nogach. Dam radę. Muszę. Dla Alana… Drugi krok wyszedł już lepiej. Wyprostowałam się i postanowiłam iść w rytm moich oddechów. Wdech. Krok. Wydech. Krok. Wdech. Krok. Wydech. Krok. Zatrzymałam się i obejrzałam w stronę fontanny. Pomachałam do par i uśmiechnęłam się. Jestem wolna…

Skierowałam się w stronę wieży z zegarem, którą widziałam codziennie. Mam nadzieję, że w okolicy nie ma więcej kościołów. Nikt nie zwracał uwagi na kamiennego anioła maszerującego ulicą. W końcu po dość długiej wędrówce znalazłam się na skraju małego przykościelnego cmentarza. Zobaczyłam zgromadzenie złożone z pięciu osób, stojące nad zakopywanym właśnie grobem. Wolno podeszłam do nich. Rozpoznałam mamę Alana. Był również ksiądz i dwóch pracowników do zakopywania. Pozostała dwójka to starsze panie, zapewne sąsiadki. Cóż… Alan nie miał zbyt dużo znajomych. Zauważyłam stojące niedaleko drzewo i postanowiłam poczekać przy nim, aż wszyscy pójdą. Ksiądz z sąsiadkami zniknął po chwili. Po zakończonej pracy robotnicy zabrali sprzęt i również odeszli. Matka Alana stała jeszcze pół godziny. Położyła wiązankę kwiatów i wyszła z cmentarza. Moja kolej – pomyślałam. Powoli podeszłam do grobu. Uklękłam w rozmokłej ziemi i pogłaskałam ziemię przede mną.

– Flawia. – Szepnęłam drżącymi ustami. – Tak naprawdę nazywam się Flawia. Choć Nora rzeczywiście lepiej do mnie pasuje. – Uśmiechnęłam się przez łzy i skulona zastygłam nad ukochanym.

Agata Dzielecka, I LO w Stargardzie

Przeczytaj także wiersze Pauliny Syrek i Natalii Spławińskiej
poezja

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *